czwartek, 27 stycznia 2011

Wierzyć, nie wierzyć...?

Wydarzenia ostatnich dni natchnęły mnie do napisania tego posta. Chodzi mianowicie o wierzenie w różnej maści poradniki mające ułatwić nam codzienną egzystencję. Odkąd stałam się świadomym czytelnikiem tego typu lektur podchodziłam do nich raczej sceptycznie, bo niby jak jakiś "poradnik" miałby odmienić moje życie lub sprawić by było ono lepsze? Z perspektywy kilku miesięcy muszę jednak przyznać, że baaardzo życie ułatwił mi poradnik pewnej amerykańskiej pielęgniarki i położnej. Chodzi tu o "Język niemowląt" Tracy Hogg, w którym autorka pomaga zrozumieć zachowania małej Istotki. Zanim dotarłam do tej książki miałam niemałe problemy w odnalezieniu się w nowej roli. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego Stacho cały czas płacze i czego potrzebuje. Nie miałam kompletnie czasu dla siebie - prysznic, gotowanie czy zrobienie czegokolwiek było poza moimi możliwościami. Tak, teraz mogę to przyznać - miałam baby bluesa i cholernie ciężkie początki macierzyństwa. Do tego nie miałam się kogo poradzić, bo mama i teściowa pozapominały, a siostry nie są jeszcze matkami. Na poradnik trafiłam dzięki forum młodych mam. Po przeczytaniu (dodam trzykrotnym dla lepszego utrwalenia) zrozumiałam, co chce mi przekazać mój synek pierdzinek. Powoli zaczęłam wprowadzać metody polecane przez amerykańską super-nianię i z dnia na dzień moje codzienne życie uległo diametralnej przemianie. Naprawdę. M wraca z pracy, a ja wykąpana, umalowana, obiad na kuchence, a synio śpi smacznie w swoim łóżeczku. Dodam, że początkowo Staśko nie raczył wogóle kłaść się w ciągu dnia, a mi wydawało się że ciągle jest głodny. Harmonogram naszego dnia nosił miano totalnego HAOSU. Nie będę się tu wymądrzać i przytaczać metod stosowanych przez Tracy Hogg. Zainteresowanych odsyłam do lektury. Myśle, że rady będą cenne dla kobiet w ciąży, któe oczekują pojawienia się pierwszego Potworka lub świeżo upieczonych mam, które "błądzą we mgle" tak jak ja kiedyś.
Dlaczego zaczęłam pisać o tym teraz, kiedy wydawałoby się większość problemów mam za sobą? Otóż mieszkanie z rodzicami i częste przebywanie w domu teściów skutecznie zakłóciło Staśkowy porządek dnia, a zwłaszcza nocy. Babcie, pełne oczywiście dobrych intencji, rozbestwiły mi dziecko lulaniem, śpiewaniem i innymi metodami usypiania. Nie mam oczywiście do nikogo pretensji i baardzo jestem wdzięczna Mamom za ich pomoc, co nie zmienia faktu, że Stasiek zaczął mieć problemy ze snem. Do tego doszła przeprowadzka do nowego mieszkania i mamy teraz budzenie się co pół godziny z wrzaskiem. A ja chodzę na rzęsach z przemęcznenia i wrzeszczę na mojego M. To skłoniło mnie do buszowania po internecie i szukania pomocy u innych mam. I tak trafiłam na kolejny poradnik, tym razem "Każde dziecko może nauczyć się spać" Annette Kast-Zahn, Hartmut Morgenroth. Teraz jestem na etapie wnikliwego czytania laktury, ale już widzę, jakie błędy popełnialiśmy. Jak wprowadzę metody polecane w tym poradniku, to napiszę Wam czy i tym razem w przypadku Stacha zdało egzamin.
Nie myślcie, że ja  tak ślepo podążam za różnego rodzaju poradnikami, ja po prostu czerpie z nich to, co mogę wykorzystać w przypadku rozwiązywania naszych problemów. Ciekawa jestem jak inne mamy? Czy rady zawarte w poradnikach przydają się czasem?
Uff, ale się rozpisałam. Ciekawe czy ktoś to przeczyta?

A jeśli chodzi o mieszkanie, to codziennie coś rozpakowuje, układam, przestawiam. Niewiele mam czasu na majstrowanie nowych rzeczy. W wolnych chwilkach uszyłam taką oto podusię-chmurkę dla mojego Stasia, co by mu się lepiej spało :-)




Tu wianek upleciony z gałązek wierzbowych, pierwsze serca uszyte przeze mnie i koronka zrobiona przez Babcię:



A na koniec odrobina wiosny na parapecie kuchennym:

 Pozdrawiam!

piątek, 21 stycznia 2011

Pierwsze dni po przeprowadzce

Od trzech tygodni mieszkamy już w nowym mieszkanku. Cieszę się, że już tu jesteśmy, choć miejsce wymaga oswojenia. Nie wiem czy inni też tak mają, że w te pierwsze dni po przeprowadzce ciężko się odnalneźć w nowym miejcu? Na poczętku jest tak jakby obco. Wydaję mi się, że jeszcze kilka miesięcy i dom nabierze klimatu. Narazie sporo rzeczy brakuje: czekamy na meble do salonu i z braku środków, na niektóre dodatki też będę musiała trochę poczekać. Narazie staram się jak mogę i kombinuję co się da, aby w mieszkanku można było poczuć ducha właścicieli. Dziś nie dodaję zdjęć, gdyż ze względu na pogodę wszyskie wyszły mi tragicznie, a niestety dysponuję lichej jakości sprzętem i muszę poczekać na lepsze światło. Poza tym z powodu choróbska weny twórczej brak. Dopadło mnie coś i nie chce odpuścić, a dziś Staśkowi też już glutek wisi, więc chyba weekend zleci nam na grzaniu się w domku. Pozdrawiam z nadzieją, że ktoś tu czasem zaglądnie:-)

niedziela, 2 stycznia 2011

Dostałam klucze i szaleję

W końcu działamy w naszym mieszkaniu. "Naszym" - jak cudownie to brzmi! Ostatnio tylko malowanie, odnawianie, odświeżanie nam w głowie. Nawet jakoś ten noworoczny weekend się dłuży. Już bym chciała działać, sprzątać, urządzać. Marzę o walnięciu się na kanapę we własnym M i rozkoszowaniu się błogim stanem posiadania swojego miejsca na ziemi. Miejsca do którego zawsze będziemy wracać. Już niedługo... już odliczamy dni...

A tymczasem jeszcze zdjęcia ze Świąt:

Dzieciaczki Brata z monsterkami mojej roboty (rozszalałam się :-)

Chiałam, aby Stasiek miał jakieś świąteczne przyodzienie i wymodziłam takiego oto Rudolfa

Mój największy Prezent na te Święta. Ten uśmiech - bezcenny!